Urugwaj w półfinale MŚ, czyli powrót futbolowego mocarstwa

Piłka nożna.

Już nam prawie wmówili, że futbol to tylko biznes, a podczas mistrzostw świata jesteśmy świadkami pięknej i romantycznej historii. Do ścisłej czołówki powracają starzy mistrzowie – jedno z pierwszych futbolowych mocarstw, Urugwaj.

Piotr Żelazny korespondencja z RPA..

6 lipca 2010, 05:35..

| Aktualizacja 6 lipca 2010, 05:36.

Wracają prowadzeni przez zakochanego w Che Guevarze trenera, dzięki poświęceniu Luisa Suareza, wracają bo mają Diego Forlana. I już są lepsi niż ich odwieczny wróg – Argentyna. A kto przed turniejem by obstawił, że zawodnicy Oscara Tabareza dalej zajdą niż Messi i jego genialni koledzy?

Rywale od zawsze.

Nawet Anglia nie mierzyła się tyle razy ze Szkocją, co Urugwaj z Argentyną. Te dwa sąsiadujące kraje grały ze sobą już 182 razy. Oddziela je tylko rzeka (a właściwie estuarium, czyli zlewisko) La Plata, której angielska nazwa River Plate dała imię dwóm klubom po obu stronach akwenu – w Buenos Aires i Montevideo. Mecz między Argentyną i Urugwajem rozegrany 16 maja 1901 roku (3:2) był pierwszym międzynarodowym spotkaniem piłkarskim, które odbyło się poza Wyspami Brytyjskimi.

Zanim jeszcze powstała idea rozgrywania mistrzostw świata najważniejszym turniejem piłkarskim były igrzyska olimpijskie. W pierwszych pięciu edycjach zespół Urugwaju nie brał udziału. Igrzyska odbywały się w Europie, albo Stanach Zjednoczonych, a na początku XX wieku nie każdą federację stać było na podróż przez ocean. Urugwajczycy więc dalej grali mecze z Argentyną. Do 1916 roku i pierwszej edycji mistrzostw Ameryki Południowej zdążyli zmierzyć się z sąsiadami zza La Platy aż 30 razy. I był to ich jedyny przeciwnik! Gdy jednak na rozgrywanych – a jakże, w Argentynie – mistrzostwach Ameryki Południowej przyszło im skonfrontować swoje umiejętności z innymi krajami i wśród nich byli najlepsi. Rok później – na swoich boiskach – trofeum obronili.

Urugwajczycy już wiedzieli, że są mocni. Dlatego zdecydowali się jednak wysłać swoją reprezentację na igrzyska do Paryża w 1924 roku. Tam okazało się, że maleńki kraj radzi sobie także z europejskimi rywalami. Zaczęli od rozgromienia 7:0 Jugosławii i doszli aż do finału, gdzie nie dali nawet cienia szansy Szwajcarii, którą pokonali 3:0.

Europejska piłka wtedy bazowała jeszcze na rugby, od którego się wywodziła. Jeden zawodnik brał piłkę i próbował się przedrzeć przez całą drużynę rywala. Reszta biegła kilka metrów za nim. Urugwajczycy olśnili Europę grając zupełnie inny futbol. Teren zdobywali krótkimi podaniami. To było coś zupełnie nowego. Jose Andrade – prawoskrzydłowy – prawdopodobnie jeden z pierwszych czarnoskórych piłkarzy tamtej epoki został nazwany “Czarnym Cudem”. Prześcigano się w wymyślaniu kolejnych epitetów nazywających styl gry Urugwaju.

Explore more:  FIA ogłosiła listę zespołów na nowy sezon Formuły 1

Jedynymi, którzy nie byli w stanie zaakceptować dominacji Urugwaju byli sąsiedzi z drugiej strony La Platy. Chociaż sami nie zakwalifikowali się do turnieju olimpijskiego, wciąż żyli w przekonaniu, że potrafią lepiej grać w piłkę. Gdy więc Urugwajczycy w glorii zwycięzców powrócili do Montevideo zaraz zostali wyzwani na dwumecz. Argentyńska publiczność przywitała mistrzów olimpijskich kamieniami. Ci nie pozostali dłużni i natychmiast zaczęli je odrzucać z powrotem w trybuny. Eskalacji zamieszek zapobiegła interwencja policji, która… Aresztowała kilku piłkarzy Urugwaju, w tym Andrade.

Cztery lata później na igrzyska do Amsterdamu zakwalifikowały się oba kraje znad La Platy. To musiało się skończyć finałem między sąsiadami. Mecz podobno chciało zobaczyć aż 250 tysięcy ludzi, chociaż stadion olimpijski mieścił mniej niż 30 tysięcy. Nikt nie miał wątpliwości, że to będzie mecz wszech czasów. Żadna z drużyn nie znalazła do tej pory innego pogromcy poza swoim sąsiadem.

Pierwszy mecz skończył się remisem 1:1, a dla Urugwaju gola zdobył Pedro Petrone, zwany artylerzystą z powodu swoich umiejętności strzeleckich. Nie było wówczas ani dogrywek, ani karnych, finał więc trzeba było trzy dni później powtórzyć. Tym razem Urugwaj ograł Argentynę 2:1 i zdobył drugie z rzędu olimpijskie złoto. I zarazem ostatnie. Od tamtego czasu Urugwajowi nie udało już się awansować na igrzyska.

FIFA postanowiła wtedy jednak, że już czas zorganizować mistrzostwa świata, niezależnie od igrzysk. Szczególnie, że wielu piłkarzy było już wtedy zawodowcami, a przecież olimpiady miały być amatorskie. Organizację pierwszych mistrzostw postanowiono powierzyć krajowi, który całkowicie zdominował futbol – Urugwajowi.

Żadną niespodzianką nie było to, że w finale pierwszych MŚ spotkali się gospodarze i Argentyna. Mecz zaczął się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Przybysze zza La Platy nie chcieli grać piłką, którą przyszykowali gospodarze. Postanowiono więc, że pierwsza połowa zostanie rozegrana “argentyńską” futbolówką, a druga “urugwajską”. Argentyńczycy schodzili na przerwę prowadząc 2:1, a 93 tysiące kibiców na Estadio Cenentario w Montevideo zaczynało pokazywać pierwsze oznaki zdenerwowania. Sędzią meczu był Belg John Lagenus. Na wypadek, gdyby swoimi decyzjami rozwścieczył urugwajskich kibiców, w porcie czekała specjalnie dla niego przygotowana łódka, którą miał się ewakuować na drugą stronę rzeki. Nie było to jednak potrzebne, bo w drugiej połowie grający swoją piłką Urugwajczycy strzelili trzy gole i to oni zostali pierwszym mistrzem świata.

W 1930 roku wiele europejskich drużyn nie zdecydowało się na blisko dwutygodniową podróż statkiem do Montevideo. Gdy więc okazało się, że następne mistrzostwa odbędą się we Włoszech urugwajska federacja zbojkotowała turniej na zasadzie rewanżu, nawołując do tego samego pozostałe południowoamerykańskie kraje. Podobnie było w 1938 roku, ponieważ wbrew wcześniejszym ustaleniom, według których mistrzostwa miały odbywać się naprzemiennie po obu stronach Atlantyku, zostały one zorganizowane we Francji.

Explore more:  "Przekonacie się, że myliliście się w sprawie Majki!"

Urugwaj powrócił do walki o światowy prymat dopiero w pierwszych rozgrywanych po wojnie mistrzostwach – w 1950 roku w Brazylii. Przez te 20 lat Brazylijczycy wyrośli na prawdziwą potęgę na kontynencie amerykańskim. Już nie tylko Argentyna i Urugwaj liczyły w rywalizacji, ale także oni. Jeszcze lepiej podawali, lepiej dryblowali, byli szybsi.

Turniej rozgrywany był systemem grupowym. W decydującym meczu Brazylii wystarczał remis z Urugwajem, by zostać mistrzem świata. Jak wiadomo remisu nie było. Urugwaj wygrał 2:1 i tym samym zafundował Brazylijczykom wielką traumę. O rozegranym na Maracanie w obecności blisko 200 tysięcy ludzi meczu powstały książki i prace naukowe, trudno więc napisać cokolwiek nowego. O samobójstwach kibiców Brazylii wszyscy wiedzą. O tym, że to po finale narodzili się Canarinhos też. Do tej pory Brazylijczycy grali w białych koszulkach, ale po tym meczu uznano je za przeklęte i zastąpiono żółtymi trykotami.

Alex Bellos w swojej fantastycznej książce “Futebol, The Brazilian Way of Life” opisuje historię bramkarza Barbosy. To jego uczyniono kozłem ofiarnym porażki. Wszak Alcides Gigghia zwycięską bramkę w 79. Minucie zdobył strzałem w krótki róg, co zawsze obciąża bramkarza. Po przepuszczeniu tego gola Barbosa nie miał życia w Brazylii. Gdzie się nie pojawił był wytykany palcami i wyszydzany. Już nigdy nie zagrał w reprezentacji. Przez 50 lat żaden czarnoskóry bramkarz nie był podstawowym golkiperem Canarinhos. By zdjąć z siebie klątwę, Barbosa poszedł na Maracanę w 1963 roku, gdy ta była poddawana remontowi, wziął przeklęty słupek z przeklętej bramki i spalił go, urządzając grilla dla grona przyjaciół. – Najwyższa kara w Brazylii to 30 lat więzienia. Ja już cierpię 50 za coś, czemu nie jestem winien – powiedział krótko przed śmiercią w 2000 roku.

Sprawca jego nieszczęścia, Gigghia miał powiedzieć: – Tylko trzech ludzi na świecie zdołało uciszyć Maracanę. Frank Sinatra, papież Jan Paweł II i ja.

Do legendy przeszło jeszcze jedno zdarzenie. Trener ówczesnej jedenastki Urugwaju Juan Lopez miał na odprawie zarządzić przeciwko Brazylii defensywną taktykę. Bał się pogromu i upokorzenia. Gdy wyszedł z szatni, wstał wówczas 33-letni kapitan – Afro-Urugwajczyk Obdulio Varela i w sposób niezwykle emocjonalny przemówił. – Juanito to dobry człowiek, ale tym razem się myli. Nie zagramy defensywnie, bo podzielimy los Szwecji i Hiszpanii (przegrały z Brazylią 1:7 i 1:6 – red.) – Następnie zaczął opowiadać o trudnościach, jakie stoją na drodze do zwycięstwa, by swój występ zakończyć słowami, które przeszły do legendy. – Chłopcy, słabi nie grają. Niech się zacznie przedstawienie!

Explore more:  Górnik Zabrze - Podbeskidzie Bielsko-Biała (relacja na żywo)

Gdy Brazylijczycy jako pierwsi zdobyli w drugiej połowie bramkę, to Varela wziął piłkę, ustawił ją na środku boiska i krzyknął. – Teraz czas na zwycięstwo!

Ręka Boga.

Nie wiadomo ile z tych opowieści to tak zwane miejskie legendy, a ile jest w nich prawdy.

Pewne jest natomiast, że dzisiejszy zespół Urugwaju też ma fantastycznego lidera w osobie Diego Forlana. Chyba nie ma drugiego zespołu na tych mistrzostwach, który byłby tak uzależniony od swojego przywódcy i najlepszego piłkarza.

Forlan jednak nie musi negować decyzji Oscara Tabareza. Nie bez kozery ten lewicowy intelektualista, który swoją córkę nazwał Tania (na cześć ostatniej towarzyszki życia Che Guevary), ma w ojczyźnie pseudonim “El Maestro”. – Jeżeli wygramy z Ghaną, większe od naszej będą tylko dwie drużyny urugwajskie, które zdobywały tytuł mistrzowski – mówił jeszcze przed ćwierćfinałem.

Nie do końca jest to prawdą, gdyż Urugwaj był w czwórce MŚ także w 1954 i 1970 roku. Z trenerem nie zgadza się też Sebastian Abreu, którego celny strzał z rzutu karnego zapewnił Urugwajczykom awans do półfinału. Pytany o mistrzowskie drużyny z 1930 i 1950 roku pokazuje palcem na logo rodzimej federacji, naszyte na dresie. – Zapomniałeś o mistrzach z 1924 i 1928 roku – mówi wskazując kolejno pierwszą, a następnie drugą z czterech gwiazdek znajdujących się nad herbem. – Pamiętaj, że wtedy nawet FIFA uznawała mistrzostwo olimpijskie za mistrzostwo świata. Wszyscy ci piłkarze u nas w Urugwaju mają status legend. To są nasi bohaterowie. Wychowaliśmy się na nich. Nie śmiemy się do nich porównywać – dodaje z szacunkiem.

Jedno jest pewne – sukces wywalczony przez niego i jego kolegów jest najdłużej wyczekiwanym. Już dziś w Urugwaju, najmniejszym kraju – z populacją ledwo przekraczającą 3 miliony mieszkańców – jaki kiedykolwiek wygrał mistrzostwo świata Luis Suarez traktowany jest niemalże jak święty. Chociaż ostatecznie Urugwaj nie zagra w RPA z Argentyną, to i tak udało mu się utrzeć nosa sąsiadom z drugiej strony La Platy. Nie tylko awansując dalej niż drużyna Diego Maradony. – Teraz “ręka Boga” należy do mnie – powiedział po ćwierćfinale z Ghaną Suarez, który w ostatniej minucie dogrywki niezgodnie z przepisami obronił strzał rywali, dzięki czemu jego zespół zachował szansę na zwycięstwo. – I ta była prawdziwa – dodał.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło:PrzegladSportowy.Pl.

Data utworzenia:.

6 lipca 2010, 05:35..

Piotr Żelazny korespondencja z RPA..