Tak wyglądał finał mundialu od kulis. Polski sędzia wskazuje kluczowy moment

Mundial 2022.

— Jak pokazuje historia sportu, trudniej jest się utrzymać na szczycie, niż na niego wejść. Teraz jest czas na odpoczynek, sześć tygodni spędziliśmy w drylu wojskowym — mówi asystent Szymona Marciniaka kilka dni po sędziowaniu finału mistrzostw świata. Tomasz Listkiewicz ujawnia kulisy przygotowań do tego meczu.

Szymon Marciniak udziela wskazówek Leo Messiemu i Hugo Llorisowi przed finałem mistrzostw świata. Tomasz Listkiewicz pierwszy z lewej.
Szymon Marciniak udziela wskazówek Leo Messiemu i Hugo Llorisowi przed finałem mistrzostw świata. Tomasz Listkiewicz pierwszy z lewej. (Foto: Sebastian Frej/MB Media / Contributor / Getty Images)
  • Arbiter liniowy odkrywa w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet kulisy finału mistrzostw świata, wskazuje także na istotny aspekt, który pomógł w podejmowaniu lepszych decyzji.
  • — Miałem takie poczucie, że jest 2:0, a Francja nie atakuje szaleńczo, nie zapowiadało się na zmianę. Jak widać, obecność wybitnych zawodników w obu drużynach powoduje, że wszystko jest możliwe — stwierdził Tomasz Listkiewicz.
  • — Jeśli ktoś chce być popularny i być przez wszystkich lubiany, to nie może być sędzią, bo to nie idzie ze sobą w parze. Teraz mówimy o wyjątkowym momencie, możemy się pocieszyć przez kilka dni — podkreśla 44-latek.
  • Więcej ciekawych historii przeczytasz w nowym serwisie PrzegladSportowy.Onet.Pl. Sprawdź!
  • Jakub Treć (Przegląd Sportowy Onet): Spodziewał się pan takiego przywitania, jakie was spotkało po przylocie do Polski? Nie ma co ukrywać, mogliście się poczuć jak wielkie gwiazdy. Z reguły w ten sposób wita się sportowców po sukcesie. To były szalone godziny? Rozmowy z mediami, kibicami, konferencja.

    Tomasz Listkiewicz (sędzia międzynarodowy): Tak, szczerze mówiąc, jestem zszokowany, oczywiście pozytywnie. Skalą zainteresowania, tym, że na lotnisku oprócz naszych rodzin i znajomych były media. Oprócz tego otrzymaliśmy sporo gratulacji i miłych słów od kibiców, a wiadomo, że na co dzień kibicuje się sportowcom, a nie sędziom. Przez to, że nasza reprezentacja odpadła z turnieju w 1/8 finału, czuliśmy, że ludzie kibicują nam, bo w końcu reprezentowaliśmy Polskę. Byliśmy w finale największej piłkarskiej imprezy na świecie.

    Przyznam, że na co dzień się w mediach nie udzielamy, więc było to trochę męczące, z drugiej strony bardzo miłe, więc staraliśmy się nie odmawiać. Szanujemy kibiców, dziennikarzy, zrozumiałe, że każdy chce poznać kulisy wielkiego finału. Skala jest dla mnie zaskakująca, tym bardziej że o sędziach zazwyczaj mówi się negatywnie albo wcale. Wytyka im się błędy, a gdy jest wszystko w porządku, to jest cisza. I tak powinno być, bo nie jesteśmy od tego, żeby być gwiazdami mediów i celebrytami. Jeśli ktoś chce być popularny i być przez wszystkich lubiany, to nie może być sędzią, bo to nie idzie ze sobą w parze. Teraz mówimy o wyjątkowym momencie, możemy się pocieszyć przez kilka dni i trochę “pobiegać” po mediach.

  • Zobacz także: Kandydat na selekcjonera Polski przemówił. Piękne słowa o reprezentacji.
  • Czyli rozumiem, że spodziewa się pan tego, że wkrótce wszystko wróci do normy? Za chwilę sędziowie znowu będą mogli usłyszeć wyzwiska pod swoim adresem? Czy może udało się panom zburzyć szklany sufit?

    Uważam, że to po prostu wyjątkowy moment i prestiżowa chwila. Pokazujemy się w mediach po sukcesie, dzięki czemu kibice mogą zobaczyć ludzką twarz sędziów. Myślę, że wcześniej też ten wizerunek został zmieniony dzięki serialowi “Sędziowie” emitowanemu w Canal Plus czy poprzez materiały na podsłuchu. Powoli odbudowujemy wizerunek arbitrów, ale pewnie nigdy nie będziemy idolami dla kibiców. Całkiem słusznie, bo oni mają dopingować piłkarzy, my jesteśmy od sędziowania. Nasza rola jest inna, nie szukamy poklasku, choć nie oznacza to, że mamy pozwalać się obrażać czy zastraszać. Liczę na to, że kibice wymyślą nieco bardziej kreatywne przyśpiewki, kiedyś takie były. Były pomysłowe, teraz zrobiły się wulgarne, proste i prymitywne. Może niedługo będą miały w sobie więcej finezji i polotu, bo co do tego, że będą, nie mam wątpliwości.

    Wasz sukces trafił na podatny grunt i to w dobrym momencie? Kibice lubią sukcesy, chcą przeżywać pozytywne emocje, których wy jako sędziowie dostarczyliście. Łatwo się z wami utożsamiać, bo byliście w finale mundialu, jednak nastroje wokół naszej reprezentacji są zgoła odmienne.

    Odbiór kadry faktycznie nie jest najlepszy, z przyczyn, które wszyscy znamy. To było w jakiś sposób poza nami, trzymaliśmy kciuki za naszą drużynę. Polacy odpadli z wicemistrzami świata, my wciąż byliśmy w grze, choć sędziowanie nie zalicza się do sportu. Rzeczywiście, każdy kibic lubi sukces, więc każdy Polak, który go osiąga, może liczyć na wsparcie. Zostaliśmy zastępczymi reprezentantami kraju. To jednak chwilowe, zaraz zaczynają się eliminacje do mistrzostw Europy, potem Liga Narodów, do tego inne dyscypliny, jak żużel, skoki narciarskie, lekkoatletyka, siatkówka. Za chwilę zaczną się mistrzostwa świata w piłce ręcznej, zresztą organizowane w Polsce i w Szwecji. Dlatego jestem pewien, że za chwilę uwaga skupi się tylko na sporcie.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo.

    Pański tata nie ukrywa dumy z osiągnięcia naszych arbitrów, w szczególności pana. Pan Michał był ekspertem telewizyjnym podczas mundialu od spraw sędziowskich, czasem znajdował się w niekomfortowej sytuacji. Opowiadał mi niedawno, jak bardzo przeżywał mecz otwarcia, gdzie pan był na wozie VAR, który anulował trafienie dla Ekwadoru. Wyglądało to na bardzo kontrowersyjną decyzję, na co miały też wpływ nieprecyzyjne powtórki. Jak pan to przeżył?

    Explore more:  Rekordowy transfer w historii Hull City

    Byłem zupełnie od tego odcięty, nie sprawdzałem mediów, nie interesowałem się wszelkimi reakcjami. Dopiero później docierały do mnie różne informacje i komentarze, bo nie da się kompletnie od tego odciąć. Sam mecz był sporym obciążeniem mentalnym, bo to jednak spotkanie otwierające turniej. Po raz pierwszy zastosowano półautomatyczny system VAR, co dla mnie też było jakąś nowością. Faktycznie, kontrowersja wynikała z przekazu telewizyjnego. Sam, jak oglądałem te powtórki, to nie byłem zdziwiony reakcjami.

    Na szczęście pokazano później odpowiednie ujęcia, co uspokoiło negatywne reakcje. Poza tym w trakcie meczów mistrzostw świata na wozie VAR jest czterech sędziów, więc to nie tak, że sam decydowałem. Tata znalazł się w niezręcznej sytuacji, bo w telewizji musi być obiektywny, a na pewno przeżywał. Rozmawiałem później z nim, na początku też nie rozumiał tej decyzji, mimo tego, że sam jest byłym sędzią liniowym. Szkoda tej kontrowersji, bo przez jakiś czas wylało się na mnie wizerunkowe mleko, na szczęście zostało to wyjaśnione.

    Istotny był kontekst, bo zastanawiano się, na ile mocni będą gospodarze turnieju i jak silny będzie ich wpływ na boisko. Anulowanie bramki dla Ekwadoru sprzyjało teoriom spiskowym.

    Oczywiście, wszyscy wiemy, jakie były kulisy przyznania tego turnieju Katarowi. Pamiętamy, co się mówiło przed i jaka była atmosfera wokół mistrzostw. Później skupiono się już na aspektach sportowych. Wszystko się skumulowało, więc jasne, rozumiem, że decyzja o nieuznaniu bramki, tylko podgrzała atmosferę. Z perspektywy czasu była słuszna.

  • Zobacz także: Michniewicz – niestrudzony kopacz rowów. To była kadencja z grzechem pierworodnym.
  • Poziom sportowy turnieju jest oceniany bardzo dobrze. Pokusi się pan o ocenę sędziowania?

    Nie do końca wypada mi oceniać pracę kolegów czy konkurentów. Uważam, że mimo wszystko był dość wysoki. Nigdy się nie uniknie błędów, trudno o to, jeśli w niecały miesiąc rozegrano 64 spotkania. My także mamy lepsze i gorsze mecze. To jest część tej dyscypliny, sędziowie robili błędy, robią i będą robić. Jesteśmy ludźmi, nie ma sztucznej inteligencji, która poprowadzi spotkanie za arbitrów. Ogólnie zgodzę się z tym, że poziom sportowy był wysoki, bo oglądaliśmy praktycznie wszystkie mecze, na żywo bądź w telewizji. Sędziowski oceniam jako przynajmniej dobry.

    Michał Listkiewicz (trzeci z prawej), podczas meczu Kamerunu z Argentyną na mistrzostwach świata w 1990r.
    Michał Listkiewicz (trzeci z prawej), podczas meczu Kamerunu z Argentyną na mistrzostwach świata w 1990r. (Foto: Mark Leech/Offside / Contributor / Getty Images)

    Po finale napisał pan do taty “chyba cię nie zawiodłem”. To było dla pana ważne, żeby kontynuować tradycję rodu Listkiewiczów w sposób spektakularny?

    Nie będę ukrywał, było to ważne i prestiżowe. Rozpiera mnie duma, choć przed meczem starałem się o tym nie myśleć. Skupialiśmy się na zadaniu, wyłączyliśmy się z presji zewnętrznej. Także pracujemy nad sferą mentalną, staraliśmy się sobie tłumaczyć, że to mecz jak każdy inny, 22 zawodników, wymiary boiska te same. A czy ogląda to pięć osób, czy miliard, nasze zadania są niezmienne. Po spotkaniu wróciła myśl, że dopisałem kolejny rozdział do rodzinnej historii. Byłem dumny i zadowolony, że udało się nie zszargać nazwiska, oczywiście mówię to z przymrużeniem oka. Rozmawialiśmy też o tym z Szymonem Marciniakiem. Fajnie, że otrzymaliśmy finał mistrzostw, ale gdybyśmy w nim słabo wypadli, chociażby przez słabszy dzień, to wizerunkowo do końca życia byśmy się z tego nie wyplątali.

    Raczej nie ma okazji poprowadzenia drugiego finału mistrzostw świata.

    Niemożliwe, żebyśmy sędziowali po raz kolejny taki mecz, możemy pojechać na dużą imprezę, ale nie było jeszcze w historii arbitra, który poprowadziłby dwa finały mundialu. Raczej to się nie wydarzy, na 99,9 proc. Zostawiam jednak minimalną szansę, bo jak wiemy, w życiu pewne są tylko śmierć i podatki. Wiedzieliśmy, że to nie jest Ekstraklasa, gdzie popełniając błąd, ma się pauzę, a potem wraca do rywalizacji. Jak z piłkarzem, który po słabszym występie siada na ławkę, ale wkrótce przychodzi kolejna szansa. W tym przypadku jest inaczej, taka okazja trafia się raz w życiu, co powoduje większą presję. Na szczęście nam nie przeszkodziła.

  • Zobacz także: Decyzja PZPN jest słuszna. To dobry moment na uznanego selekcjonera.
  • Kiedy dowiedział się pan o tym, że poprowadzicie finał?

    W czwartek o 18.00 czasu katarskiego było spotkanie. Taki rytuał, dwa dni przed danym meczem nasi szefowie, czyli Pierluigi Collina i Massimo Busacca, zapraszali nas e-mailowo na spotkanie, wszyscy schodzili do sali wykładowej, gdzie odczytywali przydział meczowy. W tym wypadku zmieniono nieco zasady, bo do finału i meczu o trzecie miejsce były trzy dni. Collina wyszedł na środek, wyczytał z kartki nazwiska, rozległy się brawa, przyjęliśmy gratulacje. Po chwili przyszli pracownicy z działu medialnego FIFA, żeby porobić wywiady i zdjęcia pamiątkowe na stronę.

    Tomasz Listkiewicz
    Tomasz Listkiewicz (Foto: Piotr Kucza / newspix.pl)

    Spodziewał się pan tego po dwóch poprowadzonych meczach? Może wybór Polaków sugerował skład finału? Sędziowaliście wcześniej spotkania Francji i Argentyny.

    Trochę to wyczuwaliśmy, chociażby po treningach. Było 140 osób, dzielono więc nas na grupy. Znając politykę obsadową i realia wielkich turniejów, bo byliśmy na poprzednim mundialu, także na mistrzostwach świata do lat 20 i Euro do lat 21, trudno było nie wyczuć, że jesteśmy w gronie sześciu, siedmiu zespołów, które są szykowane na najważniejsze mecze. Nie wiedzieliśmy tylko, czy będzie to ćwierćfinał, półfinał czy finał. W momencie gdy wybitny Daniele Orsato został przydzielony do półfinału, poczuliśmy, że nasze szanse bardzo mocno wzrosły.

    Explore more:  Mundial 2018: Neymar walczy o występ z Kostaryką
  • Zobacz również: Z dumą i medalem na szyi. Szymon Marciniak wrócił z Kataru. “Było after party”.
  • Co pan sobie myślał w okolicach 80. Minuty meczu, gdy Francja pozostawała bez strzału na bramkę Argentyny? Trójkolorowi byli totalnie zdominowani. Przeszła panu myśl, że zaraz to się skończy i będzie to finał bez większej historii?

    W czasie meczu trudno nam ocenić poziom sportowy, zwłaszcza z perspektywy arbitra liniowego. Obserwujemy obrońców, kątem oka patrzymy na piłkę. Poza tym staramy się tak nie myśleć, że jest już po meczu. Jest takie hasło sędziowskie, którego uczy się na wszelkich kursach, “spodziewaj się niespodziewanego”. Trzeba zachować czujność, statystyki są nieubłagane, najwięcej błędów popełnia się w końcówce meczów. Głównie z powodu zmęczenia psychofizycznego, ale także ze względu na poziom koncentracji. Z piłkarzami jest podobnie, w końcówce popełniają więcej błędów, przez co mecze są bardziej otwarte.

    Dlatego nigdy tak nie myślimy, że już jest po robocie. Aczkolwiek miałem takie poczucie, że jest 2:0, a Francja nie atakuje szaleńczo, nie zapowiadało się na zmianę. Jak widać, obecność wybitnych zawodników w obu drużynach powoduje, że wszystko jest możliwe. Zawsze w takich chwilach przypomina mi się finał Ligi Mistrzów z 1999 r., W którym Manchester United zdobył dwie bramki w doliczonym czasie gry, dzięki czemu wygrał z Bayernem Monachium, notabene sędziował wówczas Collina. Francuzi się odrodzili, szybko zdobyli dwie bramki, dzięki czemu mogliśmy śledzić piękną dogrywkę. Pewnie mało kto się spodziewał, że tak to się może potoczyć, z drugiej strony ktoś, kto się chociaż trochę zna na piłce, wiedział, że wszystko jest możliwe.

    Leo Messi i Tomasz Listkiewicz
    Leo Messi i Tomasz Listkiewicz (Foto: Piotr Kucza / newspix.pl)

    Ile kilometrów pan przebiegł podczas finału? Sędziowie korzystają z technologii typu Catapult?

    Tak, my mamy także Polary, czyli zegarki z GPS. Nawet nie sprawdziłem statystyk po meczu, zrzuciłem sprzęt, skupiliśmy się na świętowaniu. Zrzuciłem dane na komputer, bo analizuje je nasz trener. Wiem tylko, że Szymon przebiegł jakoś ponad 14 km, a Paweł Sokolnicki między 8 a 9 km. Mogę mieć nieco mniej od niego, bo jednak w pierwszej połowie Paweł miał więcej pracy. Wiele zależy od przebiegu meczu, tego, czy atakuje jeden i drugi zespół. Między 5 a 7 km to standard dla sędziego asystenta, przy czym mówimy o regulaminowym czasie gry.

    Cieszył się pan z tego, że jest dogrywka? Czy z perspektywy sędziego i nakładającego się zmęczenia jest to wątpliwa przyjemność?

    Faktycznie, sędziowie nie są fanami dogrywek. Wiedzą, że mogą się wydarzyć nieprzewidziane sytuacje, że piłkarze robią dziwne rzeczy, co wynika ze zmęczenia. Ryzyko błędu wzrasta, więc nie czekamy specjalnie na dogrywkę. Jednak finał to wyjątkowe wydarzenie i osobiście się cieszyłem, że będę mógł przeżywać tę piękną chwilę dłużej. Ona zdarza się raz w życiu, więc tym razem nie narzekałem, nawet mimo zmęczenia. Mogliśmy na szczęście liczyć na pomoc trenera przygotowania fizycznego i fizjoterapeutów. Przynieśli nam z szatni płyny izotoniczne i batony energetyczne. Najbardziej był oczywiście zmęczony Szymon, bo oprócz biegania musi rozmawiać z zawodnikami i wszystkim zarządzać. Czuliśmy się pewnie, wiedzieliśmy, że idzie dobrze, a sam Szymon jest tego dnia w wybitnej formie. Sportowcy czują flow, z nami było podobnie, chcieliśmy utrzymać poziom.

  • Zobacz również: Kulesza pogratulował sędziom, którzy prowadzili finał MŚ. “Syn poszedł w ślady ojca”.
  • Obejrzał pan już finał na spokojnie?

    Nie, najpierw nie miałem siły, pierwsze dwa dni po meczu poświęciłem na regenerację. Obejrzeliśmy jedynie kluczowe sytuacje, skróty i najważniejsze momenty. Całe spotkanie przede mną, ale reakcje kibiców i ekspertów mówią, że był to bardzo dobry finał.

    Idealnym momentem są święta i wspólny seans rodzinny.

    Tak, zamiast po raz kolejny oglądać “Kevina samego w domu”, można obejrzeć dobry mecz, w dodatku ze swoim udziałem.

    Tomasz Listkiewicz z ojcem Michałem
    Tomasz Listkiewicz z ojcem Michałem (Foto: Piotr Kucza / newspix.pl)

    Rozumiem, że analizy tylko potwierdziły pańskie odczucia, że wykonaliście dobrą robotę? Imponujące było to, że Szymon Marciniak nie podbiegał do monitora, nie zwlekał z podjęciem decyzji, był dobrze ustawiony, a majstersztykiem było pokazanie żółtej kartki Marcusowi Thuramowi za symulację faulu w polu karnym. Piłkarze wiedzieli, że tego dnia nie wejdą arbitrowi na głowę.

    Dokładnie tak, Szymon był zawsze blisko sytuacji, a moment z symulacją był moim zdaniem kluczowy w całym meczu. Podejmował decyzję w pierwsze tempo. Wiele mówiły także reakcje piłkarzy, Ousmane Dembele spojrzał tylko na Szymona i spuścił głowę, dając jasny sygnał, że zdawał sobie sprawę z popełnionego faulu, po którym podyktowano rzut karny dla Argentyny.

    Zawodnicy nie protestowali, bo czuli, że Szymon jak prawdziwy szeryf podejmuje decyzje w ułamku sekundy i jest niezwykle pewny. Oczywiście to nie tak, że nie korzystał z pomocy VAR, po każdej ważnej sytuacji nasłuchiwał analizy, ale dobrze komunikował wszystko zawodnikom. Stąd nie musieli zasięgać opinii ze swoich ławek rezerwowych. Zawsze pojawia się jakieś niezadowolenie, bo to nieuniknione przy takiej randze spotkania, ale wszystko było pod kontrolą.

    Na ile pomógł wam fakt, że sędziowaliście wcześniej mecze z udziałem Francji i Argentyny? Czy analizowaliście mecz Argentyny z Holandią? Mateu Lahoz sobie nie poradził i nie utrzymał ciśnienia zawodników, pozwolił na zbyt wiele i stracił kontrolę.

    Explore more:  Żużel: Piękny gest Betard Sparty Wrocław. Pomoże uchodźcom z Ukrainy

    Pomogły nam oba czynniki, o których pan wspomniał. Mecze, które poprowadziliśmy wcześniej, dały nam, a zwłaszcza Szymonowi, pewne zaufanie ze strony zawodników. Zresztą przed meczem selekcjoner Argentyny powiedział, że wszystko było w porządku w meczu z Australią, więc teraz też tak będzie. Po zawodnikach też było widać, że nam ufają, większość z nich zna Szymona, chociażby z meczów Ligi Mistrzów. Być może mieliśmy ułatwione zadanie, a drugą kwestią była analiza poszczególnych graczy. Wiedzieliśmy, jak obie drużyny się zachowują, jak dany zawodnik reaguje.

  • Zobacz również: Szymonowi Marciniakowi pozostaje polska Ekstraklasa. Na drodze stoją zaporowe przepisy.
  • Dość szczegółowo omawialiśmy starcie Argentyny z Holandią, bo tam wyszła emocjonalna natura Argentyńczyków. Na tej podstawie przygotowaliśmy taktykę, jak z nimi rozmawiać, aby uniknąć podobnych scen. Nie chcieliśmy mobbingu, presji, protestów i to się udało. Poza tym w każdym meczu kluczowy jest początek, bo można zobaczyć, jaki będzie scenariusz danego spotkania. Pod tym względem Szymon jest wybitnym arbitrem, dobrze czuje charakter meczu. Czasem trzeba być drobiazgowym, a czasem trzeba pozwolić zawodnikom na męską grę. To odróżnia sędziów wybitnych od bardzo dobrych. Pewnych elementów można się nauczyć, ale Szymon się z tym urodził.

    Od lewej: Kathryn Nesbitt, Ismail Elfath, Paweł Sokolnicki, Szymon Marciniak, Tomasz Listkiewicz.
    Od lewej: Kathryn Nesbitt, Ismail Elfath, Paweł Sokolnicki, Szymon Marciniak, Tomasz Listkiewicz. (Foto: Marc Atkins / Contributor / Getty Images)

    Jednak nie wszyscy was chwalili. Surowo ocenił waszą pracę Oliver Giroud, co mogło wynikać z frustracji i można to jeszcze zrozumieć. Co innego, jeśli chodzi o dziennikarzy “L’Equipe”, którzy przyznali wam notę 2, w dziesięciostopniowej skali. Rozmawialiście o tym? Jaka była reakcja?

    Zaczęły do nas spływać różne wiadomości, choć nie analizujemy dokładnie przekazu medialnego. Zwłaszcza że wcześniej otrzymaliśmy setki czy nawet tysiące pozytywnych ocen, odbiór na świecie był dobry. Nasi przełożeni byli podobnego zdania, Pierluigi Collina był na stadionie, pochwalił nas za dobre reakcje w kluczowych momentach. Zawodnicy francuscy także podali rękę Szymonowi, nie mieli większych pretensji. Co do Giroud, to może chodziło o emocje i żal, że nie udało się obronić tytułu. Smutek i frustracja akurat w tym wypadku są zrozumiałe.

    Co do “L’Equipe”, to nie chcę się za bardzo odnosić, takie jest prawo mediów, że mogą oceniać poziom pracy sędziego. Jeżeli wiele innych prestiżowych tytułów ocenia nas pozytywnie, a tutaj jedna ocena jest skrajnie różna, to nie mamy na to wpływu. W skokach narciarskich dwie skrajne się odrzuca, w tym wypadku też tak możemy do tego podejść. Wiemy, jaką pracę wykonaliśmy.

    W jaki sposób PZPN i polska piłka może czy powinna skonsumować wasz sukces?

    Najważniejsze, żeby jak najwięcej młodych chłopaków przyszło na kurs sędziowski i żeby spróbowali swoich sił. Na świecie, także w Polsce brakuje arbitrów, przez to mecze dzieci odbywają się często bez sędziów, tę rolę pełni jeden z trenerów albo rodziców. W każdej większej miejscowości ruszają kursy, więc zachęcamy do udziału. Szymon będzie prowadził zajęcia w Płocku, ja w Warszawie.

    Powinniśmy wykorzystać chwilę popularności, aby propagować sędziowanie. Następnie trzeba dbać o arbitrów, bo przykładowo na kursie jest 120 osób, a po roku zostaje w zawodzie 20. Część z nich zderza się z agresją na meczach, z wyzwiskami. Nie każdy na tym zarabia, a to często zajmuje pół dnia, do tego stres związany z presją kibiców czy z komitetem oszalałych rodziców w meczach dzieci. Mam nadzieję, że to pójdzie w dobrą stronę, na szczęście mądrzejsi trenerzy ograniczają udział rodziców w treningach i meczach, co obniża stres dzieci.

    Tomasz Listkiewicz
    Tomasz Listkiewicz (Foto: Piotr Kucza / newspix.pl)

    Czy powrót do Ekstraklasy to jednocześnie powrót do szarej rzeczywistości? Czy może finał wpłynie na podejście do arbitrów, dzięki czemu miło będzie wrócić na krajowe podwórko?

    Nie sądzę, że się zmieni. Oczywiście, Szymon, wychodząc na boisko, będzie arbitrem z finału mundialu. Rozmawialiśmy między sobą o tym. Musimy dawać przykład i nie możemy sobie pozwolić na to, że będziemy wychodzić na mecze mniej skoncentrowani albo że nam teraz więcej wolno. Jakikolwiek błąd, nawet aut na środku boiska, spotka się z szyderką albo ktoś pomyśli, że byliśmy na mistrzostwach świata i teraz nam się nie chce albo że już odcinamy kupony. Jesteśmy sędziami zawodowymi, to nie jest praca biurowa, to się robi z pasją i nie da się pracować nomen omen na pół gwizdka. Zblazowanie i odbębnianie smutnego obowiązku w tym zawodzie nie przejdzie. Lubimy sędziowanie, polska liga to nasze podwórko, tu wyrośliśmy, znamy jej specyfikę i od niej się wszystko zaczęło.

  • Zobacz również: Marciniak zdradził, co się działo po karnych w finale. “Rzucił się na mnie”.
  • Niezależnie od poziomu zależy nam na tym, żeby dobrze wykonać swoją pracę, także z szacunku dla zawodników, trenerów i kibiców, dla których każdy mecz, to osobne święto. Poza tym mamy przed sobą jeszcze marzenia. Są mistrzostwa Europy, Liga Mistrzów, igrzyska olimpijskie. Żeby w tych turniejach zaistnieć, potrzebna jest z naszej strony pełna koncentracja. Jak pokazuje historia sportu, trudniej jest się utrzymać na szczycie, niż na niego wejść. Teraz jest czas na odpoczynek, sześć tygodni spędziliśmy w drylu wojskowym, co zakończyło się finałem. W styczniu wracamy do treningów i ruszamy z entuzjazmem do pracy, bo nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

    Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

    Data utworzenia:.

    23 grudnia 2022, 09:38.

    Dziennikarz Przeglądu Sportowego Onet.

    Dziennikarz Przeglądu Sportowego Onet.